Wczoraj przeżyliśmy niesamowitą przygodę! Kilka minut po wschodzie słońca wyruszyliśmy znad Zalewu Lipówka, a chwilę przed zachodem słońca dotarliśmy do ujścia Wrześnicy do Warty! Droga wzdłuż Wrześnicy zajęła nam równe 8 godzin, wyszło nam trochę ponad 30 kilometrów!
Naszą wyprawę rozpoczęliśmy przy tamie nad Zalewem Lipówka. Rzeka spowita była mgłą, a trawę pokrywał lekki szron. Prawdziwie malowniczy początek. Szybko pokonaliśmy miejski odcinek rzeki, nim się obejrzeliśmy, za sobą pozostawiliśmy oba parki i przekroczyliśmy ulicę Warsztatową. Tutaj skończyła się wydeptana ścieżka i dalszą trasę kontynuowaliśmy łąka na lewym brzegu Wrześnicy. Szybko okazało się, że jeszcze w granicach miasta musimy przedrzeć się przez gęste zarośla. Ale do Bierzglinka doszliśmy przed zakładanym czasem. Potem jednak musieliśmy przedostać się przez zarośnięte wysoką trawą podmokłe tereny. Przez mgłę zaczęło przebijać się słońce, co dawało przepiękny efekt. Wrześnica wyglądała tajemniczo i zjawiskowo. Na wysokości granic Bierzglinka prawy brzeg rzeki zaczął się lekko piętrzyć, a efektowną skarpę momentami porastały urokliwe kępy drzew. Po drodze do Nadarzyc minęliśmy kilka nadrzecznych łąk i dotarliśmy do wiatraka w Nadarzycach. Pierwsze 7 kilometrów za nami! Krajobraz zaczął się poszerzać, a resztki mgły rozpraszały się w coraz śmielszych promieniach słońca. Coraz częściej zaczęły pojawiać się łąki, ale nierzadko przedzieraliśmy się przez wysokie trawy i zarośla. W mijanych szuwarach spotykaliśmy bażanty i inne ptactwo. W coraz cieplejszym słońcu na zmianę schnęliśmy i nasiąkaliśmy wilgocią podmokłych łąk. Tak dotarliśmy do Gozdowa, po drodze mijając kilka wysokich skarp nad prawym brzegiem rzeki. Obok mostu w Gozdowie urządziliśmy krótki odpoczynek i ruszyliśmy w dalszą drogę w kierunku Warty.
Aż do Gozdowa-Młyn szliśmy łąkami, co zdecydowanie poprawiło nasze tempo. Posileni drugim śniadaniem z werwą zaczęliśmy kolejny etap podróży. Nim się obejrzeliśmy, byliśmy w Gozdowie-Młyn i prawym brzegiem Wrześnicy minęliśmy klonowy zagajnik, aż naszym oczom ukazała się wieża kościoła w Bieganowie. Pokonanie zdziczałego parku dworskiego było trudniejszym zadaniem, niż mogliśmy się spodziewać. Strome zbocze górowało nad Wrześnicą, która w tym miejscu zyskała na szerokości. Po krótkim trawersie znaleźliśmy się na drodze asfaltowej, rzut kamieniem od mostu z figurą św. Nepomucena na końcu wsi. Przekroczyliśmy Wrześnicę i dalszą drogę kontynuowaliśmy tym razem lewym brzegiem rzeki. Krajobraz znów bardzo się zmienił. Szerokie łąki rozciągały się po obu stronach Wrześnicy, jednak coraz częściej musieliśmy omijać jej rozległe rozlewiska. Okolica była bardziej pofałdowana, ale już bez efektownych przewyższeń. Częściej mijaliśmy za to zieleń śródpolną, a po pokonaniu gęstwiny olch w oddali zobaczyliśmy kościół w Sokolnikach. Krótko odpoczęliśmy obok pobliskiego mostu i zaczęliśmy zbliżać się do 20. kilometra przygody.
Jej trzeci etap rozpoczęliśmy z większym zmęczeniem, kilkugodzinny marsz dawał się we znaki, a słońce powoli zaczęło zbliżać się do horyzontu. Wrześnica jednak niestrudzenie dalej wiła się wśród pól, przy okazji coraz częściej opierając się o strome zbocze prawego brzegu. Od Sokolnik właśnie tą stroną kontynuowaliśmy naszą wyprawę. Mijając kolejne zagajniki i łąki dotarliśmy do Szamarzewa, po drodze spotykając kilka saren i jaszczurek, które wygrzewały się w jesiennych promieniach słońca. Przyspieszywszy kroku, szybko znaleźliśmy się w Samarzewie i zmieniając brzeg na wysokości modernistycznej bryły kościoła, rozpoczęliśmy ostatni etap podróży.
Zdecydowanie trzeba o nim powiedzieć, że nie był łatwy. Wszyscy czuliśmy kilometry w nogach, ale dwie rzeczy sprawiały, że nie miało to większego znaczenia. Była to świadomość, że każdy krok przybliża nas do celu oraz niemal magiczny urok ostatnich kilometrów Wrześnicy. Przepływająca przez Samarzewo rzeka wygląda po prostu jak z obrazka. Liczne wierzby, typowe dla wiejskiego krajobrazu i malownicze mostki, delikatnie oparte o brzegi skrzącej w promieniach słońca Wrześnicy, tworzą tak niepowtarzalny klimat, że zapomnieliśmy o zmęczeniu. Nogi niosły nas same i nim się obejrzeliśmy przekroczyliśmy drogę wojewódzką i minęliśmy ostatnie gospodarstwo w pobliżu rzeki. Przed nami rozpostarła się łąka i meandrująca obok niewielkiego lasu nitka rzeki. Jeszcze kilka kroków i tak, po 8 godzinach i 30 kilometrach jesteśmy u celu: Wrześnica w końcu wpada do Warty!
To było naprawdę rewelacyjne przeżycie. Jak zobaczycie na zdjęciach, Wrześnica jest przepiękna. Różnorodność tej rzeki, jej zmienność, to rzeczy, w których można się zakochać. Czasem zwyczajnie nie wiemy, jakie skarby mamy w swojej okolicy. Żeby przeżyć przygodę wystarczy wyjść z domu, a prawdziwe cuda, chowają się tuż pod naszym nosem!





























































































