Jakub Banaszak – członek Stowarzyszenia Projekt Września
Obszerny zadbany trawnik na pierwszym planie, na bokach i przy budynkach niskie krzewy, dopełniające całość drzewo wolnostojące, nie za duże, pięknie rozłożyste. Czy taki jest ideał zieleni miejskiej? Estetyczne korzyści rozproszenia przestrzennego w ogóle nie podlegałyby dyskusji, gdyby taki model był dla nas wszystkich niezaprzeczalnie dobry.
Niestety często to, co wybieramy i to, co jest dla nas dobre, różni się od siebie. Z obserwacji mądrych głów wynika, że im bardziej przypadkowy i urozmaicony krajobraz, tym lepiej. Zatem te powtarzalne trawniki i formacje krzewów możemy porównać do pustych kalorii – rolę prawdziwego jedzenia stanowią ekosystemy złożone i to one nas zaspokajają.
W jaki sposób osiągniemy biologiczną różnorodność we Wrześni, gwarantującą mieszkańcom odpowiedni poziom nasycenia? Są dwie drogi. 1. Pozwolimy zdziczeć zieleni, by nabrała indywidualizmu. 2. Człowiek będzie musiał im tę różnorodność wszczepić.
Ale to jest pracochłonne. Nie myślę tu o hektarach, a o permanentnym obcowaniu z przyrodą, nawet w małych ilościach. Spróbujmy ją przemycać do miejsc o większej gęstości zaludnienia z całą jej różnorodnością.
Pierwotnie felieton został opublikowany w tygodniku „Wiadomości Wrzesińskie” oraz na portalu www.wrzesnia.info.pl